23 grudnia 2005

# 174

Siedzę u Żu, który stara się zapewnić mi świąteczny nastrój, podobnie jak rok temu. Pyta się czy mi dobrze, biega koło mnie jak koło dziecka, jest (nie chcę użyć określenia "jak zwykle") kochany, troskliwy i czuły. Moje współlokatorki wróciły do domu i zobaczymy się dopiero w 2006 roku. Dziwnie mi teraz jeszcze bardziej, ubiegłe święta wprawdzie również upłynęły pod znakiem czerstwej atmosfery rodzinnej i też w Wigilię byłam u Żu, ale potem wróciłam do tak zwanego domu, a teraz wygląda to trochę inaczej.

Ale czuję się spokojniejsza, rządzę sobie sama, wprawdzie już skromnym budżetem i myśl przewodnia 24 godziny na dobę obraca się wokół pieniędzy i odpowiedniego nimi gospodarowania, ale ma mi to wyjść na dobre, jak wynika z kolektywnego doradztwa koleżeńskiego. No dobra, trzymam za słowo, jak coś to będę wpadać do was na obiady.

Najbardziej rozwala mnie fakt, że Żu jest tak naprawdę jedyną osobą, która zna mój nowy adres, nie wspominając nawet o tym, że ani matka ani babcia ani cała reszta ludzi, z którymi łączą mnie więzy krwi nawet nie zapytała, gdzie ja się w ogóle podziewam. I tu kończy się mit o rodzinie, która jako jedyna w trudnych chwilach ma rzekomo pomagać, gdy wszyscy inni zawiodą. Oh please... to jeszcze gorszy kit niż ten ze świętym Mikołajem.

Brak komentarzy: